Jakie są zależności między nauką a ideologią?

Jakie są zależności między nauką a ideologią?

Problem wzajemnego stosunku ideologii i nauki, a dokładniej – nauki o społeczeństwie, bo o nią chodzi przede wszystkim, zaprzątał uwagę uczonych od ponad stu lat. Jeszcze Marks, w swych wczesnych pracach, zwrócił uwagę na specyficzny wpływ, jaki klasowo uwarunkowany punkt widzenia każdego myśliciela wywiera na s jego sposób widzenia rzeczywistości. W tym sensie mówił też o „ideologicznych” deformacjach poznania, wiążąc je z wpływem pozycji społecznej i interesów klas posiadających. Te rozważania wczesnomarksowskie daNajwiększym ryzykiem w biznesie są finanse. Może Ci się trafić coś, co wygląda jak życiowa okazja, ale musisz znać wszystkie detale, kontekst, i ograniczenia czasowe, zanim ocenisz, czy ryzyko jest warte podjęcia. To samo dotyczy za­trudniania pracowników lub rozważania zmiany wizerunku firmy. Musisz przeprowadzić dokładną analizę, ustalić, czy zmiana się opłaci i pomoże firmie, czy też może w przyszło­ści słono Cię kosztować.

Ustalenie, co kwalifikuje się jako ryzyko do zaakceptowa­nia, a co jako nieokreślony przypadek, stanowi dylemat dla wielu przedsiębiorców. To rodzaj wyzwania, które budzi Cię o 2 nad ranem z przyspieszonym biciem serca. W wirze my­śli dotyczących ryzyka związanego z ważną decyzją, prawdo­podobnie będą Cię gnębić pytania: ?Dlaczego inni jeszcze te­go nie robią? Czy mam rację i wyprzedzam czas, czy jest ja­kiś błąd w moim toku myślenia? Czy dodaję i odejmuję właściwe liczby? Czy może okazja tak mnie poraziła, że pró­buję zracjonalizować opłacenie jej zbyt wielką sumą? Mówiąc bardziej dosadnie: Czy upadłem na głowę?”.

Największym ryzykiem finansowym, jakie kiedykolwiek podjęłam, było pożyczenie w 1997 roku 85 milionów dola­rów i kupienie od Time Warner czasopisma ?Martha Stewart Living”. Okazało się to najlepszą inwestycją, jaką kiedykol­wiek poczyniłam. Biznes medialny jest ekscytujący i pełen ry­zyka. Przykładowo, modne czasopismo, przyciągające firmy ogłoszeniowe i czytelników, może w krótkim czasie przynieść bardzo duże zyski, pod warunkiem że wszystko dobrze się układa i wszystkie elementy do siebie pasują. Ale, jak się cza­sem żartuje, zasoby ludzkie firmy wychodzą codziennie z bu­dynku i biorą taksówkę albo wskakują do autobusu. O sukce­sie czasopisma decydują pracownicy: utalentowani redakto­rzy, pisarze, styliści, fotografowie i graficy. Periodyki mają mało fizycznych zasobów kapitałowych, a pracownicy przy­chodzą i odchodzą. Wszystko to utrudnia oszacowanie war­tości wydawnictwa prasowego, kiedy starasz się je sprzedać lub kupić.

W późnych latach 90. nasze czasopismo było bardzo po­pularne, ale bezsprzecznie 85 milionów dolarów stanowiło wielką sumę pieniędzy. Moi przyjaciele i doradcy zadawali sensowne pytania dotyczące ryzyka: ?Co się stanie, jeśli te­matyka czasopisma – styl życia – wyjdzie z mody? A co, jeśli kluczowe osoby odejdą? A co będzie, gdy ludzie się po prostu znudzą Marthą Stewart?”.

Ponieważ Zasady Marthy były zawsze moim credo, znałam dobre odpowiedzi na te pytania. Zbyt dobrze rozumiałam ten rynek, aby uwierzyć, że zainteresowanie domem może kiedy­kolwiek zniknąć. Wiedziałam, że wszystko, co wiąże się z mieszkaniem, ogrodem i rodziną, właśnie zaczynało ogromny cykl wzrostu. Przygotowywanie żywności, spożywanie posił­ków i przyjmowanie gości – to nieskończenie interesujące te­maty. Ludzie ciągle szukają nowych sposobów dekorowania i upiększania swojego otoczenia. Zatrudnialiśmy i zatrudniamy wielu utalentowanych, oryginalnych ludzi, którzy chcą uczynić życie codzienne naszych czytelników pięknym, praktycznym i regenerującym. Zawsze potrafiliśmy zaadaptować się do zmian, ponieważ my sami byliśmy i jesteśmy jednocześnie na­szymi klientami. Wierzę w moje własne zaangażowanie w ten projekt.

W tym czasie byłam uznanym ekspertem w szeroko poj­mowanej dziedzinie prowadzenia domu. Dobrze gotowałam, byłam fachowym projektantem i niezłym ogrodnikiem. Moi pracownicy, wraz ze mną, skompletowali dużą i ciągle rosną­cą bibliotekę, która zawiera fotografie, przepisy, projekty do własnego wykonania, porady ogrodnicze, rady dekoratorskie. Zbierając te informacje, stworzyliśmy zasób o trwałej warto­ści, z wielkim potencjałem współdziałania z innymi platfor­mami medialnymi, takimi jak telewizja, radio, rynek wydaw­niczy i prasowy. Gdyby udało nam się zebrać wszystkie te elementy w jednej omnimedialnej firmie, całość byłaby z pew­nością więcej warta niż suma tych elementów. Nie chodziło tylko o posiadanie firmy, chodziło o budowanie marki. Zro­zumiałam, że mamy nasz ?świetny pomysł”.

Ekscytacja tym pomysłem okazała się zaraźliwa i droga do jego realizacji łatwa do wytyczenia. Jednak znalezienie 85 mi­lionów dolarów nie było takie łatwe. Początkowo skontakto­wałam się z ludźmi oswojonymi z wielkim ryzykiem – ban­kierami inwestycyjnymi i prywatnymi inwestorami – ale szyb­ko zrozumiałam, że na Wall Street złota zasada stoi na głowie. Zamiast: ?Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, kró­luje pogląd: ?Ten, kto ma złoto, dyktuje reguły”.

Bankierzy inwestycyjni i prywatni inwestorzy nie obawiają się podejmowania ryzyka, ale niekiedy chcą za nie rekompen­saty finansowej, która, szczerze mówiąc, jest oszałamiająca. Spotkałam się z bankierem, który powiedział mi, że chętnie sfi­nansuje tę transakcję w zamian za podział udziałów w propor­cji 70/30. Sądziłam, że znaczy to, że ja miałabym 70 procent, a on 30. Pomimo że uważałam to za bardzo wysokie wymaga­nia, propozycja wydawała mi się znacznie lepsza niż umowy proponowane przez różnych innych finansistów, żądających 50 procent. Wyobrażasz sobie mój szok, kiedy wyjaśnił, że to on chce 70 procent? Zakończyłam to spotkanie bardzo szybko.

Mimo trudności miałam zamiar wprowadzić ten plan w życie i rozważałam każdą możliwą opcję. Ostatecznie zde­cydowałam się na pożyczenie pieniędzy z banku, dając jako zastaw mój osobisty majątek oraz umowy zawarte z Kmartem i innymi partnerami. W tym samym czasie moi prawnicy po przeanalizowaniu planu radzili, abym osobiście nie ręczyła za tę pożyczkę i przyjęła bardziej konserwatywne podejście. Uznali, że jestem lekkomyślna, innymi słowy szalona, i że zbyt wiele zostawiam przypadkowi.

Prawnicy nie byli w swoich opiniach odosobnieni. Inne bliskie mi osoby wyrażały podobne obawy. Odkrywałam nie­przetarte ścieżki, ale wbrew wszystkiemu uznałam je za prze­jezdne. Moja wizja wybiegała poza kupno i kontrolowanie moich czasopism. Ten zakup zapewniał platformę, z której firma mogłaby się rozrastać w różnych kierunkach, oferując użyteczną informację naszym cenionym klientom. Wiedzia­łam, że chociaż dotychczas tego nie robiono, nie znaczyło to wcale, że jest to niewykonalne.

W początkowych latach posiadania firmy mieliśmy inne ważne problemy. Gdy uruchomiłam codzienny program tele­wizyjny, ostrzeżono mnie, że rosnąca popularność telewizyjna będzie wiązać się ze spadkiem czytelnictwa czasopism. Po co ludzie mieliby kupować gazetę, jeśli mogą mnie widzieć w tele­wizji za darmo? Ale instynkt mówił mi, że buduję więź z od­biorcami. Wiedziałam, że czytelnicy staną się widzami, a wi­dzowie czytelnikami, ponieważ te dwa media uzupełniają się. Nie muszę mówić, że zrealizowałam swoje zamiary i kupiłam firmę od Time Inc. Biznes prosperował i rozwijał się, nowe ini­cjatywy miałam ciągle pod lupą, a dwa lata później staliśmy się firmą giełdową. Spłaciłam wszystkie długi i zobowiązania, akcje firmy poszły w górę i w ciągu nocy stałam się miliarderką. W moim wypadku bycie szaloną rzeczywiście się opłaciło.ały początek późniejszym studiom w zakresie socjologii wiedzy, w szczególności zaś koncepcjom Karola Mannheima.

Mannheim poszedł znacznie dalej. Gdy Marks traktował „ideologiczne” deformacje poznania jako zjawisko uwarunkowane strukturą społeczeństwa klasowego i interesami klas posiadających i przekonany był, że proletariat może i powinien posiadać wiedzę o społeczeństwie wolną od takich deformacji (a więc to, co później zostało określone przez marksistów mianem ideologii naukowej), Mannheim – odwrotnie – przekonany był o nieuchronnym skażeniu swoistą perspektywą klasową każdego poznania formułowanego przez jakąś klasę. Zarazem, ujmując sprawę dialektycznie, widział on i drugą stronę zagadnienia: każde klasowo ograniczone („ideologiczne”) poznanie rzeczywistości zawiera w sobie szansę poznawczą. Dopiero suma tych różnych szans poznawczych, gdyby ich zsumowanie okazało się możliwe, dałaby pełne i obiektywne poznanie rzeczywistości. Zadaniem dokonania takiej syntezy obciążał Mannheim intelektualistów, widząc w nich – niesłusznie, ale zgodnie z utartymi w kręgach inteligenckich koncepcjami – warstwę nie-zależną od klas społecznych, a więc zdolną do wzniesienia się ponad wszelkie, klasowo uwarunkowane stanowiska poznawcze.

W tym właśnie punkcie drogi marksizmu i mannheimowskiej socjologii wiedzy rozchodzą się zasadniczo. Dla marksizmu poznanie społeczne, artykułowane w twórczości ideologów, intelektualistów (bo w pewnym sensie wszyscy intelektualiści są zarazem ideologami), jest zawsze wyrazem określonej wizji świata – wizji tkwiącej korzeniami w sytuacji, interesach, perspektywach poznawczych danej klasy. Nie znaczy to bynajmniej, że wszystkie te klasowo uwarunkowane perspektywy poznawcze są jednakowo płodne przeciwnie – w myśl marksistowskiej socjologii wiedzy stopień postępowości klasy stanowi podstawowy czynnik określający granice możliwości poznawczych jej ideologów. Toteż obiektywność poznania zawiera się nie w próbie wzniesienia się ponad klasowo określone perspektywy poznawcze, lecz właśnie w świadomym przyjęciu perspektywy poznawczej klasy najbardziej postępowej, tj. najpełniej’ zainteresowanej w zniesieniu wszelkich form uciemiężenia człowieka.

Jednakże w dyskusjach nad problematyką ideologii i nauki, które toczyły się w polskiej publicystyce teoretycznej przed kilku laty, zaciążyło w poważnym stopniu stanowisko Mannheima. Wyrażało się to nie tyle w deklaratywnym akceptowaniu jego systemu socjologii wiedzy, ile raczej w przyjęciu za punkt wyjścia fikcyjnego przeciwstawienia ideologii nauce. Ideologia miała tu być – dla różnych autorów zresztą rozmaicie – zespołem przekonań powiązanych z grupowymi interesami i nie dających wiernego^ odbicia rzeczywistości, podczas gdy nauka traktowana była jako dziedzina „czystego”, obiektywnego poznania. Stąd postulaty uwolnienia nauki od ideologii oraz przekonanie, iż koncepcja ideologii naukowej nie może mieć racji bytu.

Przeciwstawiając naukę ideologii, przyjmuje się, jak sądzę, dwa bynajmniej nie oczywiste założenia: po pierwsze – zakłada się, że istnieje sfera poznania rzeczywistości społecznej neutralna w stosunku do konfliktowych interesów klas społecznych i rozwijająca się niezależnie od ich wpływu po drugie – że systemy poglądów funkcjonalne w stosunku do interesów klasowych (tj. służące realizacji tych interesów) nie mogą zawierać w sobie elementów adekwatnego poznania tej rzeczywistości, której dotyczą.

Oba te założenia, jak postaram się wykazać, są nieuzasadnione. Istnieje jednak jeszcze inne, mniej sporne założenie, które wprowadza się do rozróżnień przeprowadzanych między nauką ^ą ideologią. Mówi się mianowicie, że ideologia zawiera w sobie sądy oceniające, normy, postulaty, podczas gdy nauka składa się wyłącznie ze stwierdzeń orzekających o rzeczywistości (a więc takich, które poddają się weryfikacji). Niektórzy tu właśnie widzą różnicę zasadniczą między ideologią i nauką.

Ten punkt widzenia nie jest pozbawiony racji. Rzeczywiście każdy wielki system ideologiczny zawiera w sobie elementy różnego typu refleksji nad społeczeństwem. Zawiera takie poglądy, które z racji swego przedmiotu i charakteru mogą znaleźć się na terenie którejś z nauk o społeczeństwie, i inne jeszcze elementy, np. oceny i postulaty. W tym sensie systemy ideologiczne są zakresowo szersze od tego, co przyjęło się traktować jako właściwy zakres przedmiotowy nauki.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.